~~~
DLA TSUDZUKU
~~~
Stoję na ganku wskazanej przez mojego zleceniodawcę posiadłości w klasycznym japońskim stylu. Naciskam na klamkę, a drzwi, o dziwo, otwierają się. Wchodzę i cicho zamykam je za sobą. Moim oczom ukazują się nieliczne, lecz okurzone meble, między którymi rozciągają się olbrzymie pajęczyny. I tu niby, kurwa, ktoś mieszka?.. No błagam...
Zmierzając w kierunku schodów, rozglądam się na boki. Ponury, żałosny widok. Wchodzę po stopniach na piętro. Deski skrzypią pod moim ciężarem, kiedy zmierzam do najbliższych drzwi po prawej. Zauważam, że są dość mocno uchylone; na tyle mocno, że mogę przez nie bezproblemowo przejść i tak też robię. Omiatam pomieszczenie wzrokiem. W półmroku dostrzegam jedynie zarysy mebli i czegoś, co przypomina zwiniętą w kłębek... ludzką postać...
Po omacku szukam włącznika. Znajduję go bezproblemowo, po czym klikam. Ostre światło rozlewa się po pokoju okazującego się być pomalowaną na różową dziecięcą sypialnią z białymi meblami pokrytymi warstwą ciemnoszarego brudu. Między metalowym łóżkiem zasłanym białą pościelą a dużą szafą kuląc nogi siedzi niskiego wzrostu osóbka w białej loliciej sukience. Podchodzę do niej i kucam, po czym odgarniam jej z czoła grzywkę. Jest spocona i szybko oddycha.
- Co Ty tu robisz? - pytam, wpatrując się w spływające po kościstych barkach czarne pasma lśniących włosów.
Podnosi głowę. Widzę buźkę o delikatnych rysach, na której widnieją czarne smugi pozostawione przez kosmetyki ozdabiające wcześniej rzęsy i krawędzie powiek. Smutne oczy o tęczówkach w kolorze mlecznej czekolady wpatrują się we mnie ze strachem, a duża dolna warga, pod którą widnieje niewielki stalowy kolczyk drży.
- Odpowiedz.
Przesuwam swoją dłoń z jej głowy na szczupłe ramie.
- No mieszkam... - odpowiada mi lekko nosowy, wyraźnie męski głos z chrypką.
Wybucham śmiechem, a on wytrzeszcza oczy.
- Wybacz - szybko się opanowuję. - Gdzie jest Twoja rodzina?
- N-nie wiem...
Szkoda mi tego chłopca. Na pewno już długo siedzi tu sam. W przypływie empatii przyciągam go do siebie i mocno przytulam, lecz on wystraszony próbuje mnie odepchnąć. Powoli odsuwam się. Wstaję i wyciągam do niego rękę.
- Chodź. Zabiorę Cię stąd.
Nie mam pojęcia, dlaczego to robię, ani co się ze mną dzieje. Wygląda na to, że nagle tchnęły we mnie uczucia. O zgrozo...
Chłopiec wstaje samodzielnie, chwiejąc się na chudych nóżkach. Podtrzymałbym go, ale nie chcę ponownie go przerazić. Cierpliwie czekam, aby do mnie podszedł, lecz on spogląda nieufnie. Podążając za jego wzrokiem zauważam, na co się patrzy. Mój pistolet.
- Spokojnie, nic Ci nie zrobię - zapewniam dzieciaka, uśmiechając się przyjaźnie.
Wiem, że trudno mu w to uwierzyć, ale nie mam zamiaru zostawić go samego na pastwę losu.
- No chodź.
Niepewnie robi dwa małe kroki i upada na kolana. Podchodzę do niego i biorę na ręce, a on nawet nie protestuje. Jest taki lekki, że mam wrażenie, jakbym niósł co najwyżej fragment nieba.
Wychodzę z pokoju i schodzę po schodach. Z wyrazu jego oczu wnioskuję, że ma lęk wysokości. Kiedy staję na dole, na twarzy chłopca odmalowuje się ulga. Podążam w kierunku drzwi, a chwilę później zatrzymuję się przed nimi. Zanim zdążam cokolwiek powiedzieć, dziecięca rączka naciska na klamkę i otwiera je. Krok po kroku oddalamy się od budynku, a on nawet nie ogląda się za siebie.
Opierając się o oszronioną barierkę, palę papierosa i obserwuję otulony bielą park, który wygląda jak wyjęty z bajki o Królowej Śniegu. Niespodziewanie słyszę ciche skrzypienie drzwi. Odwracam się. Z wrażenia wypuszczam z palców używkę, która toczy się po kafelkach i zlatuje w dół. Dwa metry przede mną stoi trzęsący się z zimna Ryuka odziany w kusy szlafroczek z jasnobłękitnego atłasu. Pociąga za miały pasek, a materiał opada z jego ramion. Teraz jest całkowicie nagi.
Urzeka mnie jego wątłe ciało, subtelna skóra; wygląda jak porcelanowa lalka. Podchodzę do niego i wnoszę do mieszkania, oplatając go ramionami. Zamykam za nami drzwi. Przyciskam chłopca do ściany, a następnie składam pocałunek na jego dziewiczych wargach. Odsuwam się nieznacznie. Mrużę oczy. Bez słowa biorę go za rękę i prowadzę do łóżka. Popycham go na nie. Zauważam, że patrzy na mnie, więc uśmiecham się szelmowsko. Kręcąc tyłkiem i poruszając ciałem jakbym tańczył na rurze, rozbieram się ku jego uciesze.
Rozchylam jego nogi i klękam między nimi. Już mam oblizywać swoją dłoń, lecz on chwyta mnie za nadgarstek i z wyraźnym podnieceniem bierze moje trzy palce głęboko do swojej buzi. Kiedy je wyciąga, obficie ociekają śliną.
Powoli wkładam jednego do pierwszej kostki w jego malutką dziurkę, lecz później gwałtownie zanurzam do końca. Ryuka zagryza dolną wargę. Szybko poruszam palcem w tył, w przód i znów w tył, a następnie dokładam drugi palec, przez co mój ukochany jęczy cicho, lecz przeciągle. W skupieniu kilkukrotnie nieśpiesznie rozczapierzam kłykcie na boki. Dokładam trzeci, a maleństwo głośno krzyczy przez zęby. Z jego oczu lecą łzy bólu; nie mogę na to patrzeć, więc spuszczam wzrok i wyciągam palce.
Odsuwam się nieco i pochylam na wysokość jego wejścia. Z przymkniętymi oczyma liżę je, a następnie wpycham tam język. Do moich uszy dochodzi wyrażające zadowolenie mruczenie. Masuję językiem ściany nadal ciasnego odbytu; nie chcę aby moje kochanie cierpiało.
Prostuję się, a następnie zawisam nad kochankiem. Kładę sobie na plecach jego dłonie. Opieram się rękoma po obu stronach jego głowy i całuję go w czubek noska. Wchodzę w Ryuka tak delikatnie jak tylko potrafię, lecz mimo to zaczyna płakać. Niepewnie poruszam się w jego wnętrzu. Mija dłuższy czas zanim przyzwyczaja się do mojego penisa w sobie, ale kiedy już odczuwa przyjemność, słyszę tak wspaniałe odgłosy, jakich nigdy jeszcze nie słyszałem.
Wstrząsa mną gorący dreszcz, a oczy przysłania mgła. Dochodzę, a moja sperma rozlewa się w odbycie chłopca, gdzie-nie-gdzie trochę ejakulatu cieknie po jego pięknych udach. Poruszam się jeszcze przez moment, aż w końcu i on dochodzi, a kiedy to się dzieje, wygląda jak anioł.
Kładę się obok i przytulam go do swojej klatki piersiowej. Wkrótce zaśnie, kołysany przez niespokojne bicie mojego szaleńczo zakochanego serca.
Zmierzając w kierunku schodów, rozglądam się na boki. Ponury, żałosny widok. Wchodzę po stopniach na piętro. Deski skrzypią pod moim ciężarem, kiedy zmierzam do najbliższych drzwi po prawej. Zauważam, że są dość mocno uchylone; na tyle mocno, że mogę przez nie bezproblemowo przejść i tak też robię. Omiatam pomieszczenie wzrokiem. W półmroku dostrzegam jedynie zarysy mebli i czegoś, co przypomina zwiniętą w kłębek... ludzką postać...
Po omacku szukam włącznika. Znajduję go bezproblemowo, po czym klikam. Ostre światło rozlewa się po pokoju okazującego się być pomalowaną na różową dziecięcą sypialnią z białymi meblami pokrytymi warstwą ciemnoszarego brudu. Między metalowym łóżkiem zasłanym białą pościelą a dużą szafą kuląc nogi siedzi niskiego wzrostu osóbka w białej loliciej sukience. Podchodzę do niej i kucam, po czym odgarniam jej z czoła grzywkę. Jest spocona i szybko oddycha.
- Co Ty tu robisz? - pytam, wpatrując się w spływające po kościstych barkach czarne pasma lśniących włosów.
Podnosi głowę. Widzę buźkę o delikatnych rysach, na której widnieją czarne smugi pozostawione przez kosmetyki ozdabiające wcześniej rzęsy i krawędzie powiek. Smutne oczy o tęczówkach w kolorze mlecznej czekolady wpatrują się we mnie ze strachem, a duża dolna warga, pod którą widnieje niewielki stalowy kolczyk drży.
- Odpowiedz.
Przesuwam swoją dłoń z jej głowy na szczupłe ramie.
- No mieszkam... - odpowiada mi lekko nosowy, wyraźnie męski głos z chrypką.
Wybucham śmiechem, a on wytrzeszcza oczy.
- Wybacz - szybko się opanowuję. - Gdzie jest Twoja rodzina?
- N-nie wiem...
Szkoda mi tego chłopca. Na pewno już długo siedzi tu sam. W przypływie empatii przyciągam go do siebie i mocno przytulam, lecz on wystraszony próbuje mnie odepchnąć. Powoli odsuwam się. Wstaję i wyciągam do niego rękę.
- Chodź. Zabiorę Cię stąd.
Nie mam pojęcia, dlaczego to robię, ani co się ze mną dzieje. Wygląda na to, że nagle tchnęły we mnie uczucia. O zgrozo...
Chłopiec wstaje samodzielnie, chwiejąc się na chudych nóżkach. Podtrzymałbym go, ale nie chcę ponownie go przerazić. Cierpliwie czekam, aby do mnie podszedł, lecz on spogląda nieufnie. Podążając za jego wzrokiem zauważam, na co się patrzy. Mój pistolet.
- Spokojnie, nic Ci nie zrobię - zapewniam dzieciaka, uśmiechając się przyjaźnie.
Wiem, że trudno mu w to uwierzyć, ale nie mam zamiaru zostawić go samego na pastwę losu.
- No chodź.
Niepewnie robi dwa małe kroki i upada na kolana. Podchodzę do niego i biorę na ręce, a on nawet nie protestuje. Jest taki lekki, że mam wrażenie, jakbym niósł co najwyżej fragment nieba.
Wychodzę z pokoju i schodzę po schodach. Z wyrazu jego oczu wnioskuję, że ma lęk wysokości. Kiedy staję na dole, na twarzy chłopca odmalowuje się ulga. Podążam w kierunku drzwi, a chwilę później zatrzymuję się przed nimi. Zanim zdążam cokolwiek powiedzieć, dziecięca rączka naciska na klamkę i otwiera je. Krok po kroku oddalamy się od budynku, a on nawet nie ogląda się za siebie.
Opierając się o oszronioną barierkę, palę papierosa i obserwuję otulony bielą park, który wygląda jak wyjęty z bajki o Królowej Śniegu. Niespodziewanie słyszę ciche skrzypienie drzwi. Odwracam się. Z wrażenia wypuszczam z palców używkę, która toczy się po kafelkach i zlatuje w dół. Dwa metry przede mną stoi trzęsący się z zimna Ryuka odziany w kusy szlafroczek z jasnobłękitnego atłasu. Pociąga za miały pasek, a materiał opada z jego ramion. Teraz jest całkowicie nagi.
Urzeka mnie jego wątłe ciało, subtelna skóra; wygląda jak porcelanowa lalka. Podchodzę do niego i wnoszę do mieszkania, oplatając go ramionami. Zamykam za nami drzwi. Przyciskam chłopca do ściany, a następnie składam pocałunek na jego dziewiczych wargach. Odsuwam się nieznacznie. Mrużę oczy. Bez słowa biorę go za rękę i prowadzę do łóżka. Popycham go na nie. Zauważam, że patrzy na mnie, więc uśmiecham się szelmowsko. Kręcąc tyłkiem i poruszając ciałem jakbym tańczył na rurze, rozbieram się ku jego uciesze.
Rozchylam jego nogi i klękam między nimi. Już mam oblizywać swoją dłoń, lecz on chwyta mnie za nadgarstek i z wyraźnym podnieceniem bierze moje trzy palce głęboko do swojej buzi. Kiedy je wyciąga, obficie ociekają śliną.
Powoli wkładam jednego do pierwszej kostki w jego malutką dziurkę, lecz później gwałtownie zanurzam do końca. Ryuka zagryza dolną wargę. Szybko poruszam palcem w tył, w przód i znów w tył, a następnie dokładam drugi palec, przez co mój ukochany jęczy cicho, lecz przeciągle. W skupieniu kilkukrotnie nieśpiesznie rozczapierzam kłykcie na boki. Dokładam trzeci, a maleństwo głośno krzyczy przez zęby. Z jego oczu lecą łzy bólu; nie mogę na to patrzeć, więc spuszczam wzrok i wyciągam palce.
Odsuwam się nieco i pochylam na wysokość jego wejścia. Z przymkniętymi oczyma liżę je, a następnie wpycham tam język. Do moich uszy dochodzi wyrażające zadowolenie mruczenie. Masuję językiem ściany nadal ciasnego odbytu; nie chcę aby moje kochanie cierpiało.
Prostuję się, a następnie zawisam nad kochankiem. Kładę sobie na plecach jego dłonie. Opieram się rękoma po obu stronach jego głowy i całuję go w czubek noska. Wchodzę w Ryuka tak delikatnie jak tylko potrafię, lecz mimo to zaczyna płakać. Niepewnie poruszam się w jego wnętrzu. Mija dłuższy czas zanim przyzwyczaja się do mojego penisa w sobie, ale kiedy już odczuwa przyjemność, słyszę tak wspaniałe odgłosy, jakich nigdy jeszcze nie słyszałem.
Wstrząsa mną gorący dreszcz, a oczy przysłania mgła. Dochodzę, a moja sperma rozlewa się w odbycie chłopca, gdzie-nie-gdzie trochę ejakulatu cieknie po jego pięknych udach. Poruszam się jeszcze przez moment, aż w końcu i on dochodzi, a kiedy to się dzieje, wygląda jak anioł.
Kładę się obok i przytulam go do swojej klatki piersiowej. Wkrótce zaśnie, kołysany przez niespokojne bicie mojego szaleńczo zakochanego serca.


































































































































































































































