Jako, że z laptopa mam m. in. na blogu problemy z reklamami, a na telefonie nie lubię odpisywać na komentarze, odpowiadam tutaj!
Do "Seiko": Kiedyś śmiałam się, że Ryuka wygląda jak syn Tsuzuku. Tsudzuku chciała, aby to on był seme, lecz wyjaśniłam jej, że Karmu jest o zbyt wiele wyższy od niego, aby być uke; taka Calineczka z niego. Myślałam, że łatwo będzie się domyślić, że Karma to płatny morderca. Kwestia Ryuka, przyznaję, jest nawet bardzo niejasna. Dlatego też kontynuowałam to ( z początku planowałam tylko one shota ). Podoba mi się Twoja interpretacja zachowania Calineczki w drugiej części. Racja, oddał się Karmu w ramach zapłaty, ale tylko między innymi, bo także pałał do niego miłością! Cieszę się, że podoba Ci się postać jaką wykreowałam z Ryu-chana. Jeśli chodzi o zakończenia to, jak może niektórzy zauważyli, mam wielką tendencję do krzywdzenia bohaterów, a śmierć bardzo wpasowywała się w mój koncept - gdyby Ryuka nie umarł, "związek" Karmu z Seiko to już by nie było to samo ( jak również sam Karmu byłby inny ). Nie lubię tandetnych zakończeń, stąd i właśnie trzecia część. Chciałabym zostać w przyszłości m. in. psychologiem lub psychiatrą, więc co nieco o chorobach psychicznych już wiem. xd Panseksualizm to pojęcie bardzo ogólne, dotyczące pociągu do właściwie wszystkiego, dlatego też użyłam go w odniesieniu do Karma x Seiko. Niestety nie potrafiłam rozwinąć tego bardziej, mimo iż po części chciałam. To, dlaczego Ryuka siedział w domu w sukience to właściwie już osobna historia, którą całkowicie mam obmyśloną w swojej głowie i planuję ją kiedyś napisać jako prequel "Seiko", bo zbyt długo by wyjaśniać... Cieszę się, że mimo wszystko zauważyłaś jako taką poprawę w moich pracach; to dla mnie mały sukces. Zła oczywiście nie jestem! (n_n)
Do "Moratorium": TYYY! Czuj mojego focha! *przytup i melodyjka* "Opowiadanie [...] zapowiada się ciekawie." I w tym momencie muszę Cię rozczarować. Kontynuacji nie będzie. Od początku taki był pomysł i zawarłam w tym to, co chciałam. Ciąg dalszy byłby nudny jak "Moda na sukces". Wszystko celowo pisałam w taki sposób, aby choć trochę zbudować napięcie i klimat; tak szybko, w miarę zwięźle i na kilka tematów. Chciałam zaskoczyć. B| Miło mi, że się podobało, a dedykacji będzie więcej! ♡
~~~
Jeśli chodzi o następne opowiadanie. Myślę, że niezbyt prędko pojawi się coś nowego.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Savage. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Savage. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 1 grudnia 2015
wtorek, 17 listopada 2015
| 023 | Seiko cz. 3
DLA TSUDZUKU
~~~
UWAGA! OPOWIADANIE ZAWIERA TREŚCI NA TEMAT RELACJI PANSEKSUALNEJ.
~~~
Palcem wskazującym prawej ręki przeciągam od szyi czarnowłosej, aż po jej biodro. Nachylam się nad nią i muskam wargami jej drobne, blade usteczka.
Seiko, moja słodka Seiko. Leży obok mnie na poduszce całkowicie naga. Jej gładkie, porcelanowe ciało jest takie piękne. A jej czarne jak heban lśniące włosy... Ach, jak bardzo chciałbym móc się z nią kochać!
Wysuwam język i sunę nim coraz niżej i niżej. Niepewnie zatrzymuję się pomiędzy szczupłymi nóżkami i spoglądam w oczy mojej ukochanej; szkoda, że są tak beznamiętne. Czubkiem języka zakreślam okręgi w miejscu, w którym powinna mieć srom. Przymykam oczy. Przebywanie tak blisko niej, dotykanie jej... Te czynności sprawiają mi rozkosz.
Powoli odsuwam się od niej, oblizując usta; wyśmienicie smakuje. Siadam w rozkroku tuż przy niej. Prawą ręką chwytam za penisa i poruszam nim szybko, w tym samym czasie palcami lewej dłoni masując jądra. Oddech mi przyśpiesza. Rozchylam wargi. Po chwili jęczę cichutko. Nadal się masturbując, poruszam się w przód i w tył tak, aby ocierać się o rozłożone porcelanowe nogi. Wzdycham.
Po około dwudziestu minutach obficie dochodzę, a moja sperma ochlapuje mój brzuch oraz ciało i włosy Seiko. Czy mogę to uznać za nasz pierwszy stosunek?
Leżę w wannie wypełnionej ciepłą wodą z pianą. Przed sobą jedną ręką trzymam odwróconą do mnie plecami dziewczynę. Dokładnymi ruchami myję jej głowę szamponem o zapachu kwitnącej wiśni.
- Lubię się z Tobą kąpać, kochanie.
Unoszę kąciki ust w śmiechu wartej imitacji uśmiechu.
- Ale z Ryu-chanem też lubiłem. Tęsknię za nim, wiesz? Był takim uroczym dzieckiem. Ale jednocześnie był także bardzo dojrzałym młodym mężczyzną. Wspaniale gotował. Szkoda, że Ty nie możesz dla mnie gotować. Z chęcią spróbowałbym Twojej kuchni.
Do oczu nachodzą mi łzy.
- Wybacz mi, ale musisz wyjść.
Ocieram łzy ramieniem, a następnie pośpiesznie opłukuję Seiko włosy. Wychylam się nieco, aby oprzeć ją o rzeźbioną pozłacaną nóżkę wanny. Powracam do poprzedniej pozycji. Targa mną szloch.
Przyjąłem zaproszenie na obiad do rodziców z ogromną niechęcią. I teraz żałuję, że przyjechałem do nich mimo to.
Nawet nie wziąłem pałeczek w palce. Zmęczonym wzrokiem wpatruję się w ryż z kurczakiem na ostro w mojej miseczce.
- Dlaczego nie jesz? - po raz kolejny cicho pyta mama.
- Bo nie mam apetytu - cedzę przez zęby. - Nie rozumiesz?..
- Katsumi! - krzyczy ojciec. - Jak Ty się odnosisz do rodzicielki?!
- Normalnie.
Ojciec podnosi się ze swojego miejsca i wymierza mi siarczysty policzek. Przez chwilę znoszę cios w milczeniu, jednakże nie wytrzymuję długo. Wstaję, z hukiem odsuwając krzesło.
- CZY WY NIC NIE ROZUMIECIE?! TO J A GO ZABIŁEM!
Szybko i z trudem oddycham przez usta. Ręce bezwładnie zwisają mi po bokach. Nawet nie jestem w stanie płakać. Szeroko otwartymi oczyma wpatruję się w nieokreślony punkt na pokrytej panelami podłodze jadalni. Czyjeś ręce oplatają mnie od tyłu.
- Spokojnie, synku... Będzie dobrze... To nie Twoja wina... - szepcze kobiecy głos. Mama...
Chuj wie, co to jest...
Seiko, moja słodka Seiko. Leży obok mnie na poduszce całkowicie naga. Jej gładkie, porcelanowe ciało jest takie piękne. A jej czarne jak heban lśniące włosy... Ach, jak bardzo chciałbym móc się z nią kochać!
Wysuwam język i sunę nim coraz niżej i niżej. Niepewnie zatrzymuję się pomiędzy szczupłymi nóżkami i spoglądam w oczy mojej ukochanej; szkoda, że są tak beznamiętne. Czubkiem języka zakreślam okręgi w miejscu, w którym powinna mieć srom. Przymykam oczy. Przebywanie tak blisko niej, dotykanie jej... Te czynności sprawiają mi rozkosz.
Powoli odsuwam się od niej, oblizując usta; wyśmienicie smakuje. Siadam w rozkroku tuż przy niej. Prawą ręką chwytam za penisa i poruszam nim szybko, w tym samym czasie palcami lewej dłoni masując jądra. Oddech mi przyśpiesza. Rozchylam wargi. Po chwili jęczę cichutko. Nadal się masturbując, poruszam się w przód i w tył tak, aby ocierać się o rozłożone porcelanowe nogi. Wzdycham.
Po około dwudziestu minutach obficie dochodzę, a moja sperma ochlapuje mój brzuch oraz ciało i włosy Seiko. Czy mogę to uznać za nasz pierwszy stosunek?
Leżę w wannie wypełnionej ciepłą wodą z pianą. Przed sobą jedną ręką trzymam odwróconą do mnie plecami dziewczynę. Dokładnymi ruchami myję jej głowę szamponem o zapachu kwitnącej wiśni.
- Lubię się z Tobą kąpać, kochanie.
Unoszę kąciki ust w śmiechu wartej imitacji uśmiechu.
- Ale z Ryu-chanem też lubiłem. Tęsknię za nim, wiesz? Był takim uroczym dzieckiem. Ale jednocześnie był także bardzo dojrzałym młodym mężczyzną. Wspaniale gotował. Szkoda, że Ty nie możesz dla mnie gotować. Z chęcią spróbowałbym Twojej kuchni.
Do oczu nachodzą mi łzy.
- Wybacz mi, ale musisz wyjść.
Ocieram łzy ramieniem, a następnie pośpiesznie opłukuję Seiko włosy. Wychylam się nieco, aby oprzeć ją o rzeźbioną pozłacaną nóżkę wanny. Powracam do poprzedniej pozycji. Targa mną szloch.
Przyjąłem zaproszenie na obiad do rodziców z ogromną niechęcią. I teraz żałuję, że przyjechałem do nich mimo to.
Nawet nie wziąłem pałeczek w palce. Zmęczonym wzrokiem wpatruję się w ryż z kurczakiem na ostro w mojej miseczce.
- Dlaczego nie jesz? - po raz kolejny cicho pyta mama.
- Bo nie mam apetytu - cedzę przez zęby. - Nie rozumiesz?..
- Katsumi! - krzyczy ojciec. - Jak Ty się odnosisz do rodzicielki?!
- Normalnie.
Ojciec podnosi się ze swojego miejsca i wymierza mi siarczysty policzek. Przez chwilę znoszę cios w milczeniu, jednakże nie wytrzymuję długo. Wstaję, z hukiem odsuwając krzesło.
- CZY WY NIC NIE ROZUMIECIE?! TO J A GO ZABIŁEM!
Szybko i z trudem oddycham przez usta. Ręce bezwładnie zwisają mi po bokach. Nawet nie jestem w stanie płakać. Szeroko otwartymi oczyma wpatruję się w nieokreślony punkt na pokrytej panelami podłodze jadalni. Czyjeś ręce oplatają mnie od tyłu.
- Spokojnie, synku... Będzie dobrze... To nie Twoja wina... - szepcze kobiecy głos. Mama...
KONIEC~~~
Chuj wie, co to jest...
niedziela, 15 listopada 2015
| 022 | Karma ( AvelCain ) x Ryuka ( Savage ) - Seiko cz. 2
DLA TSUDZUKU
~~~
Dni mijają bardzo szybko; oprócz radości, wypełnia je także niepewność. Nadal przyjmuję zlecenia. Kiedy po wypełnieniu ich wracam do domu, Ryuka czeka na mnie z ciepłym posiłkiem przygotowanym według internetowego przepisu. Mimo że zawsze ciepło się z nim witam i chwalę jego zaradność, posyła mi chłodne, niekiedy potępiające spojrzenie. Boję się, że mnie znienawidził.
~~~
Dni mijają bardzo szybko; oprócz radości, wypełnia je także niepewność. Nadal przyjmuję zlecenia. Kiedy po wypełnieniu ich wracam do domu, Ryuka czeka na mnie z ciepłym posiłkiem przygotowanym według internetowego przepisu. Mimo że zawsze ciepło się z nim witam i chwalę jego zaradność, posyła mi chłodne, niekiedy potępiające spojrzenie. Boję się, że mnie znienawidził.
Zmęczony wchodzę do mieszkania i opieram się o drzwi. Jest mi niedobrze, kręci mi się w głowie i chyba zaraz zemdleję. Mam dość. Ta praca powoli mnie wykańcza.
Ociężale podążam do łazienki. Biorę w dłoń słuchawkę prysznica i pochylam się nad wanną. Odkręcam kurek. Lodowate krople zraszają mi twarz i, zmieszane ze łzami, rozmazują makijaż. Szlochając, padam na kolana. Mimowolnie puszczam metalową rączkę, a ona z głuchym hukiem upada na porcelanę.
Woda smętnie skapująca z moich włosów wraz z coraz głośniejszym szlochem tworzy oryginalną melodię. Ręce luźno wiszą na brzegu wanny. Trzęsę się wręcz konwulsyjnie. Niespodziewanie czuję ciepło na barkach. Moje maleństwo nachyla się nade mną i mocno przytula, nie zważają na to, że niemal cały jestem mokry.
- Spokojnie... - szepcze. - Spokojnie...
Siedząc na przeciw siebie, w ciszy nawijamy na widelce długi makaron. Spaghetti jest na prawdę wyśmienite, ale dziś nie mam siły, aby to powiedzieć.
- Co się wcześniej stało? - ku mojemu zaskoczeniu chłopiec przerywa ciszę.
- Nic takiego... - odpowiadam beznamiętnym głosem, tępo patrząc się w talerz.
- Nie kłam. Przecież widzę.
Wkładam do buzi nieco jedzenia, po czym opieram widelec o brzeg naczynia. Składam dłonie jak do modlitwy i opieram o nie głowę. Gryzę długie nitki na mniejsze i przełykam. Podnoszę wzrok, lecz opuszczam go już po kilku sekundach. Nie wiem, co powiedzieć, JAK powiedzieć. Słowa grzęzną mi w gardle.
Głęboko wciągam i wypuszczam powietrze przez usta. Mój oddech jest ciężki i drżący.
- No bo... Ja... Ja... Cholera, nie wiem, jak Ci to wyjaśnić...
- Zdradziłeś mnie? - w jego głosie nie ma żadnych emocji, sam spokój, a zadając to pytanie, obraca sztućcem.
- Mój boże! Nie! Nie potrafiłbym Ci tego zrobić.
- To dobrze - mówiąc to, ma na ustach blady uśmiech. Już nie bawi się widelcem.
- No więc... Ja... - przygryzam usta. - Chodzi o moją pracę.
- Mhm. A konkretniej? - znów kręci sztućcem.
Wzdycham.
- Czuję, że to mnie wyniszcza... Wyniszcza mnie, nas, nasz związek...
- Być może.
Głośno przełykam ślinę.
- Chciałbyś... żebym... z niej... odszedł?..
- Mam być szery czy skłamać?
- Czyli chcesz. Dobrze.
Niecierpliwie chodzę w tę i z powrotem przed drzwiami mieszkania szefa. Po otrzymaniu ode mnie SMSa, kazał mi do siebie przyjechać. Na pewno go wkurwiłem...
Drzwi otwierają się, a ja prawie nimi obrywam; odskakuję w ostatniej chwili. Mężczyzna gestem nakazuje mi wejść, więc robię to, uprzednio otrzepując buty ze śniegu. Rozglądam się po obszernym korytarzu. Ostatni raz byłem tu dość dawno i sporo się zmieniło. Trochę się boję. Po szefie wiele można się spodziewać.
Prowadzi mnie do jeszcze obszerniejszego niż korytarz salonu. Siadamy naprzeciw siebie w ogromnych fotelach z materiału imitującego czarną skórę; czuję się przytłoczony rozmiarem tych mebli.
- A więc, mój drogi - wzdrygam się na dźwięk jego mocno zachrypłego, szorstkiego głosu. - Co Cię skłoniło, aby w ogóle pomyśleć o odejściu z mojej i n s t y t u c j i?.. Czyżby Twój nowy k o c h a ś?.. Ach, właśnie! - krzyczy w sztucznie radosny sposób, klaszcząc przy tym w dłonie. - Gdzież się on podziewa? Czyżby został w d o m k u?.. - składa ręce jak aniołek i patrzy się na mnie, mrugając rzęsami z udawaną zalotnością.
To otwieram, to zamykam wargi; nie jestem pewien, czy zdać się na szczerość, więc nie mówię nic. Szef znienacka wybucha szaleńczym śmiechem. W szoku wytrzeszczam oczy. Facet wstaje i podchodzi do mnie bliżej, o wiele za blisko. Ponownie się wzdrygam, a on kładzie rękę na fotelu, po czym, przesuwając ją, okrąża go. Teraz stoi po mojej prawej i nachyla się nade mną.
- Zrobiłeś coś bardzo, bardzo, baardzo głupiego i gorzko za to zapłacisz - syczy mi do ucha, po czym prostuje się. - A teraz wracaj do domu. Jestem pewien, że n i e s p o d z i a n k a Ci się spodoba.
Odchodzi w kierunku dużego okna, a ja czym prędzej zrywam się z miejsca i biegnę przed wieżowiec.
Przepełniony lękiem otwieram drzwi mieszkania. Jedyny dźwięk, który zakłóca ciszę to dźwięk telewizora nastawionego na kanał informacyjny. Z niepokojem idę dalej. Na progu łączącym przedpokój z salonem dostrzegam początek dwóch stróżek krwi. Przez głowę szybko przelatuje mi wspomnienie mojego wyjścia z domu.
- Muszę już iść - w pośpiechu zakładam buty. Prostuję się i biorę jego twarz w dłonie. - Pamiętaj, kochanie, nikomu nie otwieraj. - Całuję go namiętnie, jakbym robił to po raz ostatni i wychodzę, zamykając za sobą drzwi na klucz.
Biegnę wzdłuż czerwonych "ścieżek"; przerażenie otacza mnie ze wszystkich stron, oplata mój umysł i serce. Kiedy docieram do głównej części pokoju, staję jak wryty. Na białej kanapie leży mój Ryuka. Z jego rozciętych wzdłuż przedramion cieknie krew, która tworzy przed kanapą kałużę krwi. Na nogach jak z waty podchodzę do niego. Padam na kolana i zaczynam szlochać. Nie mogę oddychać. Łzy przesłaniają mi pole widzenia. Po omacku szukam jego dłoni. Biorę je w swoje i, błądząc palcami po nadgarstkach, szukam tętnic. Nie ma pulsu.
Stoję nad jego grobem z ciemnoszarego marmuru, mnąc w dłoniach ubraną w białą sukienkę istotkę. Kucam i sadzam ją naprzeciw białych róż, które przynoszę dla mojego skarbu niemal codziennie i wkładam do dwóch średniej wielkości wazonów.
- Witaj, aniołku - szepczę. - Myślę, że już nadszedł czas, abym Ci ją przedstawił. Ma na imię Seiko. Jest ze mną już od równo ośmiu miesięcy, czyli od dnia Twojego pogrzebu. Jest dla mnie na prawdę bardzo ważna, ale oczywiście nie tak ważna, jak Ty. Co rano i co wieczór ubieram ją i czeszę. Lubię to robić. Tak więc... Mam nadzieję, że się nie gniewasz. Kocham Cię.
Biorę Seiko w obie dłonie, podnoszę się i odwracam. Idę, zostawiając za sobą szary nagrobek z wyrytym na nim:
- Spokojnie... - szepcze. - Spokojnie...
Siedząc na przeciw siebie, w ciszy nawijamy na widelce długi makaron. Spaghetti jest na prawdę wyśmienite, ale dziś nie mam siły, aby to powiedzieć.
- Co się wcześniej stało? - ku mojemu zaskoczeniu chłopiec przerywa ciszę.
- Nic takiego... - odpowiadam beznamiętnym głosem, tępo patrząc się w talerz.
- Nie kłam. Przecież widzę.
Wkładam do buzi nieco jedzenia, po czym opieram widelec o brzeg naczynia. Składam dłonie jak do modlitwy i opieram o nie głowę. Gryzę długie nitki na mniejsze i przełykam. Podnoszę wzrok, lecz opuszczam go już po kilku sekundach. Nie wiem, co powiedzieć, JAK powiedzieć. Słowa grzęzną mi w gardle.
Głęboko wciągam i wypuszczam powietrze przez usta. Mój oddech jest ciężki i drżący.
- No bo... Ja... Ja... Cholera, nie wiem, jak Ci to wyjaśnić...
- Zdradziłeś mnie? - w jego głosie nie ma żadnych emocji, sam spokój, a zadając to pytanie, obraca sztućcem.
- Mój boże! Nie! Nie potrafiłbym Ci tego zrobić.
- To dobrze - mówiąc to, ma na ustach blady uśmiech. Już nie bawi się widelcem.
- No więc... Ja... - przygryzam usta. - Chodzi o moją pracę.
- Mhm. A konkretniej? - znów kręci sztućcem.
Wzdycham.
- Czuję, że to mnie wyniszcza... Wyniszcza mnie, nas, nasz związek...
- Być może.
Głośno przełykam ślinę.
- Chciałbyś... żebym... z niej... odszedł?..
- Mam być szery czy skłamać?
- Czyli chcesz. Dobrze.
Niecierpliwie chodzę w tę i z powrotem przed drzwiami mieszkania szefa. Po otrzymaniu ode mnie SMSa, kazał mi do siebie przyjechać. Na pewno go wkurwiłem...
Drzwi otwierają się, a ja prawie nimi obrywam; odskakuję w ostatniej chwili. Mężczyzna gestem nakazuje mi wejść, więc robię to, uprzednio otrzepując buty ze śniegu. Rozglądam się po obszernym korytarzu. Ostatni raz byłem tu dość dawno i sporo się zmieniło. Trochę się boję. Po szefie wiele można się spodziewać.
Prowadzi mnie do jeszcze obszerniejszego niż korytarz salonu. Siadamy naprzeciw siebie w ogromnych fotelach z materiału imitującego czarną skórę; czuję się przytłoczony rozmiarem tych mebli.
- A więc, mój drogi - wzdrygam się na dźwięk jego mocno zachrypłego, szorstkiego głosu. - Co Cię skłoniło, aby w ogóle pomyśleć o odejściu z mojej i n s t y t u c j i?.. Czyżby Twój nowy k o c h a ś?.. Ach, właśnie! - krzyczy w sztucznie radosny sposób, klaszcząc przy tym w dłonie. - Gdzież się on podziewa? Czyżby został w d o m k u?.. - składa ręce jak aniołek i patrzy się na mnie, mrugając rzęsami z udawaną zalotnością.
To otwieram, to zamykam wargi; nie jestem pewien, czy zdać się na szczerość, więc nie mówię nic. Szef znienacka wybucha szaleńczym śmiechem. W szoku wytrzeszczam oczy. Facet wstaje i podchodzi do mnie bliżej, o wiele za blisko. Ponownie się wzdrygam, a on kładzie rękę na fotelu, po czym, przesuwając ją, okrąża go. Teraz stoi po mojej prawej i nachyla się nade mną.
- Zrobiłeś coś bardzo, bardzo, baardzo głupiego i gorzko za to zapłacisz - syczy mi do ucha, po czym prostuje się. - A teraz wracaj do domu. Jestem pewien, że n i e s p o d z i a n k a Ci się spodoba.
Odchodzi w kierunku dużego okna, a ja czym prędzej zrywam się z miejsca i biegnę przed wieżowiec.
Przepełniony lękiem otwieram drzwi mieszkania. Jedyny dźwięk, który zakłóca ciszę to dźwięk telewizora nastawionego na kanał informacyjny. Z niepokojem idę dalej. Na progu łączącym przedpokój z salonem dostrzegam początek dwóch stróżek krwi. Przez głowę szybko przelatuje mi wspomnienie mojego wyjścia z domu.
- Muszę już iść - w pośpiechu zakładam buty. Prostuję się i biorę jego twarz w dłonie. - Pamiętaj, kochanie, nikomu nie otwieraj. - Całuję go namiętnie, jakbym robił to po raz ostatni i wychodzę, zamykając za sobą drzwi na klucz.
Biegnę wzdłuż czerwonych "ścieżek"; przerażenie otacza mnie ze wszystkich stron, oplata mój umysł i serce. Kiedy docieram do głównej części pokoju, staję jak wryty. Na białej kanapie leży mój Ryuka. Z jego rozciętych wzdłuż przedramion cieknie krew, która tworzy przed kanapą kałużę krwi. Na nogach jak z waty podchodzę do niego. Padam na kolana i zaczynam szlochać. Nie mogę oddychać. Łzy przesłaniają mi pole widzenia. Po omacku szukam jego dłoni. Biorę je w swoje i, błądząc palcami po nadgarstkach, szukam tętnic. Nie ma pulsu.
Stoję nad jego grobem z ciemnoszarego marmuru, mnąc w dłoniach ubraną w białą sukienkę istotkę. Kucam i sadzam ją naprzeciw białych róż, które przynoszę dla mojego skarbu niemal codziennie i wkładam do dwóch średniej wielkości wazonów.
- Witaj, aniołku - szepczę. - Myślę, że już nadszedł czas, abym Ci ją przedstawił. Ma na imię Seiko. Jest ze mną już od równo ośmiu miesięcy, czyli od dnia Twojego pogrzebu. Jest dla mnie na prawdę bardzo ważna, ale oczywiście nie tak ważna, jak Ty. Co rano i co wieczór ubieram ją i czeszę. Lubię to robić. Tak więc... Mam nadzieję, że się nie gniewasz. Kocham Cię.
Biorę Seiko w obie dłonie, podnoszę się i odwracam. Idę, zostawiając za sobą szary nagrobek z wyrytym na nim:
Ryuka Seiko Toyoshima~~~
18.03.2004 - 15.02.2015
| 021 | Karma ( AvelCain ) x Ryuka ( Savage ) - Seiko
~~~
DLA TSUDZUKU
~~~
Stoję na ganku wskazanej przez mojego zleceniodawcę posiadłości w klasycznym japońskim stylu. Naciskam na klamkę, a drzwi, o dziwo, otwierają się. Wchodzę i cicho zamykam je za sobą. Moim oczom ukazują się nieliczne, lecz okurzone meble, między którymi rozciągają się olbrzymie pajęczyny. I tu niby, kurwa, ktoś mieszka?.. No błagam...
Zmierzając w kierunku schodów, rozglądam się na boki. Ponury, żałosny widok. Wchodzę po stopniach na piętro. Deski skrzypią pod moim ciężarem, kiedy zmierzam do najbliższych drzwi po prawej. Zauważam, że są dość mocno uchylone; na tyle mocno, że mogę przez nie bezproblemowo przejść i tak też robię. Omiatam pomieszczenie wzrokiem. W półmroku dostrzegam jedynie zarysy mebli i czegoś, co przypomina zwiniętą w kłębek... ludzką postać...
Po omacku szukam włącznika. Znajduję go bezproblemowo, po czym klikam. Ostre światło rozlewa się po pokoju okazującego się być pomalowaną na różową dziecięcą sypialnią z białymi meblami pokrytymi warstwą ciemnoszarego brudu. Między metalowym łóżkiem zasłanym białą pościelą a dużą szafą kuląc nogi siedzi niskiego wzrostu osóbka w białej loliciej sukience. Podchodzę do niej i kucam, po czym odgarniam jej z czoła grzywkę. Jest spocona i szybko oddycha.
- Co Ty tu robisz? - pytam, wpatrując się w spływające po kościstych barkach czarne pasma lśniących włosów.
Podnosi głowę. Widzę buźkę o delikatnych rysach, na której widnieją czarne smugi pozostawione przez kosmetyki ozdabiające wcześniej rzęsy i krawędzie powiek. Smutne oczy o tęczówkach w kolorze mlecznej czekolady wpatrują się we mnie ze strachem, a duża dolna warga, pod którą widnieje niewielki stalowy kolczyk drży.
- Odpowiedz.
Przesuwam swoją dłoń z jej głowy na szczupłe ramie.
- No mieszkam... - odpowiada mi lekko nosowy, wyraźnie męski głos z chrypką.
Wybucham śmiechem, a on wytrzeszcza oczy.
- Wybacz - szybko się opanowuję. - Gdzie jest Twoja rodzina?
- N-nie wiem...
Szkoda mi tego chłopca. Na pewno już długo siedzi tu sam. W przypływie empatii przyciągam go do siebie i mocno przytulam, lecz on wystraszony próbuje mnie odepchnąć. Powoli odsuwam się. Wstaję i wyciągam do niego rękę.
- Chodź. Zabiorę Cię stąd.
Nie mam pojęcia, dlaczego to robię, ani co się ze mną dzieje. Wygląda na to, że nagle tchnęły we mnie uczucia. O zgrozo...
Chłopiec wstaje samodzielnie, chwiejąc się na chudych nóżkach. Podtrzymałbym go, ale nie chcę ponownie go przerazić. Cierpliwie czekam, aby do mnie podszedł, lecz on spogląda nieufnie. Podążając za jego wzrokiem zauważam, na co się patrzy. Mój pistolet.
- Spokojnie, nic Ci nie zrobię - zapewniam dzieciaka, uśmiechając się przyjaźnie.
Wiem, że trudno mu w to uwierzyć, ale nie mam zamiaru zostawić go samego na pastwę losu.
- No chodź.
Niepewnie robi dwa małe kroki i upada na kolana. Podchodzę do niego i biorę na ręce, a on nawet nie protestuje. Jest taki lekki, że mam wrażenie, jakbym niósł co najwyżej fragment nieba.
Wychodzę z pokoju i schodzę po schodach. Z wyrazu jego oczu wnioskuję, że ma lęk wysokości. Kiedy staję na dole, na twarzy chłopca odmalowuje się ulga. Podążam w kierunku drzwi, a chwilę później zatrzymuję się przed nimi. Zanim zdążam cokolwiek powiedzieć, dziecięca rączka naciska na klamkę i otwiera je. Krok po kroku oddalamy się od budynku, a on nawet nie ogląda się za siebie.
Opierając się o oszronioną barierkę, palę papierosa i obserwuję otulony bielą park, który wygląda jak wyjęty z bajki o Królowej Śniegu. Niespodziewanie słyszę ciche skrzypienie drzwi. Odwracam się. Z wrażenia wypuszczam z palców używkę, która toczy się po kafelkach i zlatuje w dół. Dwa metry przede mną stoi trzęsący się z zimna Ryuka odziany w kusy szlafroczek z jasnobłękitnego atłasu. Pociąga za miały pasek, a materiał opada z jego ramion. Teraz jest całkowicie nagi.
Urzeka mnie jego wątłe ciało, subtelna skóra; wygląda jak porcelanowa lalka. Podchodzę do niego i wnoszę do mieszkania, oplatając go ramionami. Zamykam za nami drzwi. Przyciskam chłopca do ściany, a następnie składam pocałunek na jego dziewiczych wargach. Odsuwam się nieznacznie. Mrużę oczy. Bez słowa biorę go za rękę i prowadzę do łóżka. Popycham go na nie. Zauważam, że patrzy na mnie, więc uśmiecham się szelmowsko. Kręcąc tyłkiem i poruszając ciałem jakbym tańczył na rurze, rozbieram się ku jego uciesze.
Rozchylam jego nogi i klękam między nimi. Już mam oblizywać swoją dłoń, lecz on chwyta mnie za nadgarstek i z wyraźnym podnieceniem bierze moje trzy palce głęboko do swojej buzi. Kiedy je wyciąga, obficie ociekają śliną.
Powoli wkładam jednego do pierwszej kostki w jego malutką dziurkę, lecz później gwałtownie zanurzam do końca. Ryuka zagryza dolną wargę. Szybko poruszam palcem w tył, w przód i znów w tył, a następnie dokładam drugi palec, przez co mój ukochany jęczy cicho, lecz przeciągle. W skupieniu kilkukrotnie nieśpiesznie rozczapierzam kłykcie na boki. Dokładam trzeci, a maleństwo głośno krzyczy przez zęby. Z jego oczu lecą łzy bólu; nie mogę na to patrzeć, więc spuszczam wzrok i wyciągam palce.
Odsuwam się nieco i pochylam na wysokość jego wejścia. Z przymkniętymi oczyma liżę je, a następnie wpycham tam język. Do moich uszy dochodzi wyrażające zadowolenie mruczenie. Masuję językiem ściany nadal ciasnego odbytu; nie chcę aby moje kochanie cierpiało.
Prostuję się, a następnie zawisam nad kochankiem. Kładę sobie na plecach jego dłonie. Opieram się rękoma po obu stronach jego głowy i całuję go w czubek noska. Wchodzę w Ryuka tak delikatnie jak tylko potrafię, lecz mimo to zaczyna płakać. Niepewnie poruszam się w jego wnętrzu. Mija dłuższy czas zanim przyzwyczaja się do mojego penisa w sobie, ale kiedy już odczuwa przyjemność, słyszę tak wspaniałe odgłosy, jakich nigdy jeszcze nie słyszałem.
Wstrząsa mną gorący dreszcz, a oczy przysłania mgła. Dochodzę, a moja sperma rozlewa się w odbycie chłopca, gdzie-nie-gdzie trochę ejakulatu cieknie po jego pięknych udach. Poruszam się jeszcze przez moment, aż w końcu i on dochodzi, a kiedy to się dzieje, wygląda jak anioł.
Kładę się obok i przytulam go do swojej klatki piersiowej. Wkrótce zaśnie, kołysany przez niespokojne bicie mojego szaleńczo zakochanego serca.
Zmierzając w kierunku schodów, rozglądam się na boki. Ponury, żałosny widok. Wchodzę po stopniach na piętro. Deski skrzypią pod moim ciężarem, kiedy zmierzam do najbliższych drzwi po prawej. Zauważam, że są dość mocno uchylone; na tyle mocno, że mogę przez nie bezproblemowo przejść i tak też robię. Omiatam pomieszczenie wzrokiem. W półmroku dostrzegam jedynie zarysy mebli i czegoś, co przypomina zwiniętą w kłębek... ludzką postać...
Po omacku szukam włącznika. Znajduję go bezproblemowo, po czym klikam. Ostre światło rozlewa się po pokoju okazującego się być pomalowaną na różową dziecięcą sypialnią z białymi meblami pokrytymi warstwą ciemnoszarego brudu. Między metalowym łóżkiem zasłanym białą pościelą a dużą szafą kuląc nogi siedzi niskiego wzrostu osóbka w białej loliciej sukience. Podchodzę do niej i kucam, po czym odgarniam jej z czoła grzywkę. Jest spocona i szybko oddycha.
- Co Ty tu robisz? - pytam, wpatrując się w spływające po kościstych barkach czarne pasma lśniących włosów.
Podnosi głowę. Widzę buźkę o delikatnych rysach, na której widnieją czarne smugi pozostawione przez kosmetyki ozdabiające wcześniej rzęsy i krawędzie powiek. Smutne oczy o tęczówkach w kolorze mlecznej czekolady wpatrują się we mnie ze strachem, a duża dolna warga, pod którą widnieje niewielki stalowy kolczyk drży.
- Odpowiedz.
Przesuwam swoją dłoń z jej głowy na szczupłe ramie.
- No mieszkam... - odpowiada mi lekko nosowy, wyraźnie męski głos z chrypką.
Wybucham śmiechem, a on wytrzeszcza oczy.
- Wybacz - szybko się opanowuję. - Gdzie jest Twoja rodzina?
- N-nie wiem...
Szkoda mi tego chłopca. Na pewno już długo siedzi tu sam. W przypływie empatii przyciągam go do siebie i mocno przytulam, lecz on wystraszony próbuje mnie odepchnąć. Powoli odsuwam się. Wstaję i wyciągam do niego rękę.
- Chodź. Zabiorę Cię stąd.
Nie mam pojęcia, dlaczego to robię, ani co się ze mną dzieje. Wygląda na to, że nagle tchnęły we mnie uczucia. O zgrozo...
Chłopiec wstaje samodzielnie, chwiejąc się na chudych nóżkach. Podtrzymałbym go, ale nie chcę ponownie go przerazić. Cierpliwie czekam, aby do mnie podszedł, lecz on spogląda nieufnie. Podążając za jego wzrokiem zauważam, na co się patrzy. Mój pistolet.
- Spokojnie, nic Ci nie zrobię - zapewniam dzieciaka, uśmiechając się przyjaźnie.
Wiem, że trudno mu w to uwierzyć, ale nie mam zamiaru zostawić go samego na pastwę losu.
- No chodź.
Niepewnie robi dwa małe kroki i upada na kolana. Podchodzę do niego i biorę na ręce, a on nawet nie protestuje. Jest taki lekki, że mam wrażenie, jakbym niósł co najwyżej fragment nieba.
Wychodzę z pokoju i schodzę po schodach. Z wyrazu jego oczu wnioskuję, że ma lęk wysokości. Kiedy staję na dole, na twarzy chłopca odmalowuje się ulga. Podążam w kierunku drzwi, a chwilę później zatrzymuję się przed nimi. Zanim zdążam cokolwiek powiedzieć, dziecięca rączka naciska na klamkę i otwiera je. Krok po kroku oddalamy się od budynku, a on nawet nie ogląda się za siebie.
Opierając się o oszronioną barierkę, palę papierosa i obserwuję otulony bielą park, który wygląda jak wyjęty z bajki o Królowej Śniegu. Niespodziewanie słyszę ciche skrzypienie drzwi. Odwracam się. Z wrażenia wypuszczam z palców używkę, która toczy się po kafelkach i zlatuje w dół. Dwa metry przede mną stoi trzęsący się z zimna Ryuka odziany w kusy szlafroczek z jasnobłękitnego atłasu. Pociąga za miały pasek, a materiał opada z jego ramion. Teraz jest całkowicie nagi.
Urzeka mnie jego wątłe ciało, subtelna skóra; wygląda jak porcelanowa lalka. Podchodzę do niego i wnoszę do mieszkania, oplatając go ramionami. Zamykam za nami drzwi. Przyciskam chłopca do ściany, a następnie składam pocałunek na jego dziewiczych wargach. Odsuwam się nieznacznie. Mrużę oczy. Bez słowa biorę go za rękę i prowadzę do łóżka. Popycham go na nie. Zauważam, że patrzy na mnie, więc uśmiecham się szelmowsko. Kręcąc tyłkiem i poruszając ciałem jakbym tańczył na rurze, rozbieram się ku jego uciesze.
Rozchylam jego nogi i klękam między nimi. Już mam oblizywać swoją dłoń, lecz on chwyta mnie za nadgarstek i z wyraźnym podnieceniem bierze moje trzy palce głęboko do swojej buzi. Kiedy je wyciąga, obficie ociekają śliną.
Powoli wkładam jednego do pierwszej kostki w jego malutką dziurkę, lecz później gwałtownie zanurzam do końca. Ryuka zagryza dolną wargę. Szybko poruszam palcem w tył, w przód i znów w tył, a następnie dokładam drugi palec, przez co mój ukochany jęczy cicho, lecz przeciągle. W skupieniu kilkukrotnie nieśpiesznie rozczapierzam kłykcie na boki. Dokładam trzeci, a maleństwo głośno krzyczy przez zęby. Z jego oczu lecą łzy bólu; nie mogę na to patrzeć, więc spuszczam wzrok i wyciągam palce.
Odsuwam się nieco i pochylam na wysokość jego wejścia. Z przymkniętymi oczyma liżę je, a następnie wpycham tam język. Do moich uszy dochodzi wyrażające zadowolenie mruczenie. Masuję językiem ściany nadal ciasnego odbytu; nie chcę aby moje kochanie cierpiało.
Prostuję się, a następnie zawisam nad kochankiem. Kładę sobie na plecach jego dłonie. Opieram się rękoma po obu stronach jego głowy i całuję go w czubek noska. Wchodzę w Ryuka tak delikatnie jak tylko potrafię, lecz mimo to zaczyna płakać. Niepewnie poruszam się w jego wnętrzu. Mija dłuższy czas zanim przyzwyczaja się do mojego penisa w sobie, ale kiedy już odczuwa przyjemność, słyszę tak wspaniałe odgłosy, jakich nigdy jeszcze nie słyszałem.
Wstrząsa mną gorący dreszcz, a oczy przysłania mgła. Dochodzę, a moja sperma rozlewa się w odbycie chłopca, gdzie-nie-gdzie trochę ejakulatu cieknie po jego pięknych udach. Poruszam się jeszcze przez moment, aż w końcu i on dochodzi, a kiedy to się dzieje, wygląda jak anioł.
Kładę się obok i przytulam go do swojej klatki piersiowej. Wkrótce zaśnie, kołysany przez niespokojne bicie mojego szaleńczo zakochanego serca.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






